Blog
Powrót do źródeł
Artur Bazak
Artur Bazak współpracownik "Radia Wnet" oraz "Kuriera Wnet"
0 obserwujących 229 notek 285545 odsłon
Artur Bazak, 10 listopada 2010 r.

Dysydenci a sprawa polska

Na inicjatywę grupy dysydentów pod przewodnictwem Joanny Kluzik-Rostkowskiej patrzę z mieszaniną nadziei i sceptycyzmu.

Próba „wbicia klina między PO i PiS" przez tzw. liberałów, do których dołączą być może muzealnicy to jedna z poważniejszych prób przełamania duopolu dwóch partii postsolidarnościowych, które zabetonowały scenę polityczną. Chęć wprowadzenia trzeciego języka politycznego i wyjście poza ograniczoną ofertę programową dzisiejszego PiS i PO wydaje się taktycznie słuszna i niezwykle potrzebna, ponieważ wielu wyborców nie ma swojej reprezentacji politycznej i dokonuje wyboru negatywnego.

Jednak to, co wzbudza moją nadzieję i sympatię (głównie ze względu na ewentualny udział w projekcie grupy ludzi, którą zwykło określać się muzealnikami, w imieniu której głos zabrał jeden z twórców „Teologii Politycznej") napawa mnie jednocześnie sporym sceptycyzmem.

1.Po pierwsze, dotychczasowe próby stworzenia alternatywy PiS i PO kończyły się porażką i słabym poparciem wyborców. I to nie tylko dlatego, że system partyjny jest szczelny w wyniku finansowania partii z budżetu państwa, a dwie główne partie zagospodarowały cały prawicowy elektorat. Jest wiele osób, które ma poglądy zbliżone do Marka Jurka i brakuje im reprezentacji politycznej w postaci partii konserwatywnej, katolickiej i nowoczesnej (patrz ostatnie teksty Tomasza P. Terlikowskiego). A mimo to oddaje głos na jednego z dwóch liderów głównych partii.

Już choćby to powinno dać idącym tą samą drogą do myślenia. Nowej partii politycznej nie stworzy się tylko metodami PR, magicznymi sztuczkami spin doktorów, sukcesu wyborczego nie zagwarantuje samą obecnością w mediach, ponieważ dzisiejsze zainteresowanie mediów jest podszyte nieukrywaną wprost radością z osłabiania PiS-u. Walenie w PiS, jak  w bęben tego sukcesu także nie wróży. Bez finansowego zaplecza, struktur partyjnych i lokalnych oraz codziennej, żmudnej partyjnej roboty, a przede wszystkim poważnej, wyrazistej wizji programowej wejście do przyszłorocznego parlamentu jest mało prawdopodobne.

Siłą i jednocześnie słabością dwóch głównych partii są karne struktury partyjne oraz wyrazisty niekwestionowany przywódca, który rządzi partią na sposób autorytarny. Robi to zarówno Donald Tusk jak i Jarosław Kaczyński. Z tą różnicą, że lider Platformy morduje aksamitną wstążeczką, a swoje „ofiary" Kaczyński „rozrywa na strzępy" publicznie ku wielkiej radości telewizyjnej gawiedzi.

Jeśli poważnie traktować zarzuty wobec obecnego kierownictwa PiS o to, że uczyniło ze swojej partii fundusz emerytalny, to jak należy rozumieć programowe nierządzenie Donalda Tuska, które jest najwyraźniej obliczone na jakąś unijną synekurę bez oglądania się na stan państwa i gospodarki, jaki się po sobie zostawi?

Jarosław Kaczyński stawia sprawę otwarcie: dla niego najważniejsze jest wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej i pociągnięcie do odpowiedzialności politycznej, a może i karnej osób odpowiedzialnych za pośrednie przyczynienie się do tej tragedii. Drugim celem jest zagwarantowanie zrównoważonego rozwoju wszystkich regionów Polski. Dla Donalda Tuska celem, kto wie, czy nawet nie ważniejszym niż się powszechnie sądzi, jest także wyjaśnienie tej katastrofy w taki sposób, żeby odpowiedzialność za to, co się stało 10 kwietnia spadła na ludzi, którzy dzisiaj nie mogą się już bronić. Chcąc nie chcąc, realizuje tym samym cel zbieżny z interesem Moskwy. Strategii zrównoważonego rozwoju przeciwstawia plan Michała Boniego, zakładający rozwój opierający się na wielkich metropoliach, które mają za sobą pociągnąć inne regiony kraju.

Jak widać z powyższej, mocno uproszczonej rekonstrukcji zasadniczych celów dwóch liderów największych partii, ich spór nie sprowadza się tylko do kwestii osobowościowych (szaleństwo Kaczyńskiego i resentyment Tuska), ani do rzekomych intencji (chęć podpalenia Polski oraz obsługa dobrobytu Polaków tu i teraz). Walka rozgrywa się na o wiele wyższym poziomie. Stawka jest bardzo wysoka, bowiem od tego, w którą stronę pójdzie wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej oraz od sytuacji portfela klasy średniej, będącego efektem stanu państwa i gospodarki (na co zwrócił słusznie uwagę Andrzej Urbański) zależy przyszłość polskiej demokracji i kierunku w jakim wszystko się potoczy.

Tusk i Kaczyński nie spoczną dopóki nie dopną swojego celu. To realny kontekst, z którego muszą sobie zdawać liderzy nowych ruchów politycznych, które chcąc przełamać monopol POPiS-u. Nie chodzi tylko o to, że następcy Tuska i Kaczyńskiego będą porządkować gruzy, które po sobie pozostawią dwaj nienawidzący się liderzy polityczni. Oprócz pobojowiska pozostaną im być może w spadku fundamentalne wyzwania, przed jakimi stoi obecnie polskie państwo.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @pandada "przyjechali do Warszawy aby wesprzeć Porozumienie 11.11. Nie ukrywaliśmy tego i nie...
  • @PokonajNacjonalizmMiłością Przeczytałem całość. Rekonstrukcja wydarzeń to jedno. Mamy...
  • @mielonka11 Dzisiaj już nie wypadało tej nazwy nie wymienić. Wczoraj jeszcze nie było...

Tagi

Tematy w dziale